Byłam w kinie, gdzie większość publiczności coś jadła zakupionego w barze przy wejściu i był to popcorn, albo jakieś chipsy maczane w sosie, albo śliwki w czekoladzie, albo draże, a wszystko popijane słodkimi gazowanymi farbkami. Była to późna pora, bo film zaczynał się o g. 20:15. Zdziwiłam się, że aż tyle ludzi opycha się na noc to takim śmieciem.
40 lat temu jak byłam dzieckiem i poszłam z mamą do kina, to można tam było kupić co najwyżej bilet na seans. Na widowni nikt niczego nie jadł i nie pił. Nie było wtedy maszyn wendingowych, sklepów otwartych od białego rana do późna wieczór przez 7 dni w tygodniu, nie było foodtracków, w których dostępne są wysokoprzetworzone i wysokowęglowodanowe wytwory ludzkiej myśli technologicznej.


