Podtytuł książki „Mój roczny eksperyment w wysokich dawkach D3, od 25 000 j.m. przez 50 000 j.m. do 100 000 j.m. dziennie” wskazuje, że nie będzie to opis, jakich wiele, o zaletach i źródłach tej witaminy. W pozycji autor opisuje jak się czuł, na co wpłynęły i co uleczyły wysokie dawki D3, które przyjmował także w towarzystwie witaminy K2.
Autor w książce stawia hipotezy, być może dla niektórych zaskakujące, albo nawet nie do przyjęcia. Na przykład stwierdza, że wszystkim ludzkim schorzeniom można zapobiec lub je wyleczyć okresowo dawkując wysokie dawki D3. Stwierdza, że nasi przodkowie zapadali w sen zimowy, jak to czynią obecnie niedźwiedzie, golce, jeże i kilka innych gatunków.
Dawno temu sygnałem dla organizmu człowieka do zaśnięcia miał być deficyt światła słonecznego, co powodowało spowolnienie metabolizmu, zwiększone łaknienie na węglowodany, gromadzenie tkanki tłuszczowej a nawet wywołanie insulinooporności, aby w krwi pozostało więcej glukozy, która obniża próg temperatury zamarzania układu krwionośnego. Do tego autor stwierdza, że różne dolegliwości, które nas nagle nawiedzają, np. stany depresyjne, przeziębienie, bóle reumatyczne, astma, stwardnienie rozsiane, zespół jelita drażliwego, osłabienie możliwe, że organizm celowo wywołuje aby nas zmusić do ograniczenia aktywności, do spowolnienia tempa życia, co w efekcie ma skumulować energię przed zapadnięciem w sen zimowy.Tymczasem współczesny cywilizowany człowiek, żyjący w
klimacie gdzie sezonowo jest małe nasłonecznienie, czy np. w Polsce, nie zapada
w sen zimowy, tylko chce egzystować na pełnych obrotach przez cały rok. Jest to
możliwe, ale trzeba zapewnić organizmowi sztuczne promienie słoneczne w postaci
dawkowania witaminy D3 w relatywnie wysokich ilościach, które będą
odpowiednikiem letnich kąpieli słonecznych. Przez pół h przebywania rozebranym
na słońcu w lecie organizm może wygenerować ok. 25 000 j.m. D3, podczas gdy
przeciętny obywatel suplementujący D3 bierze 1000 albo 2000 j.m. Większość
cywilizowanych ludzi nie naświetla ciał w lecie, więc budują niedobory już przed
sezonem zimowym, w którym mają nikłe szanse na złapanie kilku promieni słońca.
W efekcie ludzie łakną węgli, tyją, chorują, a leczenie objawowe nie ma szans
na przywrócenie ich ciał do stanu zdrowia.
Tezy stawiane przez autora oraz przedstawione argumenty
zdają się budować logiczną całość, z którą ciężko dyskutować. Autor twierdzi,
że do zdrowia ciała i psychiki człowieka powinniśmy mieć w krwiobiegu przez
cały rok od 80 do 100 ng/ml metabolitu 25(OH)D. Uwaga: nie należy mylić tych
wartości z innymi wyrażanymi w nmol/l. Przykładowo poziom D3 we krwi wynoszący
23 nmol/l jest odpowiednikiem 10 ng/ml, więc miej baczność nie tylko na
wartości, ale także jednostki.
Osoby ciemnoskóre potrzebują odpowiednio więcej słońca, bo
są do tego genetycznie predystynowane, dlatego – zdaniem autora – tyją i
chorują, gdy przeprowadzają się w szerokości geograficzne gdzie tego słońca
jest relatywnie mało. Zdaniem Jeffa witamina (a raczej hormon) D3 ma
właściwości remodelowania kości i stawów, dlatego też przy przyjmowaniu dużych
dawek mogą przejściowo boleć gnaty, aby w efekcie dać nam lepszą jakość
codziennego życia.
Niektórzy twierdzą, że książka jest nieco chaotycznie
napisana, natomiast wartość merytoryczna niweluje wszelkie niedociągnięcia,
także tłumaczenia na język polski. Te 130 stron warto przeczytać, aby wzbogacić
swoje zasoby wiedzy i ew. zastosować w swoim życiu. Miej wiedze, a potem zrób
znią co chcesz.
