Ja rozumiem, że jest wolność słowa, wyboru, każdy wybiera co chce. Ale czy tego typu książki muszą trafiać do powszechnego obrotu? Dlaczego wydawcy chcą takie gnioty wydawać? Czy naprawdę zarabia się na tym? Od razu wyjaśniam, że książki nie kupiłam, lecz wypożyczyłam z biblioteki, a to dlatego, że ktoś w jakimś podkaście ją polecił. Są gusta i guściki. W mój guścik tak książka absolutnie nie trafiła.
Ta pozycja to zbiór truizmów, stereotypów, banałów. Pełno w niej polskiego narzekania na pracę. Autorka pisze o klasowości pracy, czyli że są prace gorsze i prace lepsze, np. przedstawicieli klasy wyższej praca sama znajduje, oni nie muszą wysyłać CV, bo firmy ich rozchwytują. Ci dobrze urodzeni, z bogatych domów, ze znajomościami nie muszą martwić się o zarobki. No a ci z klasy niższej, to trzęsą się o pracę bojąc się, że ją stracą i z czego wyżyją do pierwszego.
Oczywiście znowu korporacje to są ci najgorsi pracodawcy, co
z ludzi wyciskają jak kucharz sok z cytryny. Bo ci w korpo, to są ogłupiali
korpogadką i dają się przełożonym wykorzystywać za marną kasę, zaślepieni są
żądzą bycia w korporodzinie, czwartkowymi owocami, darmowymi szkoleniami raz na
rok np. z mindfulness.
Autorka ubolewa nad tym, że nadal są straszne prace, np.
ubój zwierząt w rzeźni. Są też inne zawody, które urągają poczuciu estetyki
człowieka i powinny być chyba zakazane, choć to na kartach książki wprost nie wybrzmiało.
Są też tacy uciemiężeni pracownicy, którzy codziennie wstają o g. 4:00, żeby
dojechać 50 km do miejsca wykonywania zawodu, no bo w ich miejscu zamieszkania
jest bezrobocie.
Po 50 stronach nie chce się dalej czytać tych komunałów. To,
co autorka książki wyraża, to niezadowolenie pracowników. Ale żadnego z nich
nie spytała jaką inną pracę chcieliby wykonywać i co robią w tym kierunku, żeby
poprawić swój komfort życia, chociażby zarabiając więcej i w miejscu mniej
urągającym ich poczuciu estetyki, tudzież pozwalającym się im wyspać. Ona nie
spytała, ale ja spytałam osobę, która pracuje w trybie trójzmianowym, czyli
również w nocy. Ta osoba czuje się fatalnie, bo ma rozregulowany rytm dobowy i
wykonuje pracę powtarzalną, mechaniczną, za 5000 zł na rękę. Ta osoba stale
narzeka, jaka to do dupy praca, więc spytałam jej co robi, aby znaleźć lepszą.
Osoba odpowiedziała, że nic, więc spytałam, dlaczego nie zrobi kursów np. na
operatora specjalistycznych maszyn, pojazdów, dźwigów, aby podnieść swoje
kwalifikacje, potencjał zarobkowy i przestać pracować w trybie zmianowym. Osoba
odpowiedziała ‘bo nie’. Rozmowa na tym się skończyła.
Zdaje się, że ta książka została napisana w celach
zarobkowych, a nie poznawczych. Z tej pozycji nie dowiesz się niczego ponad to,
co już wiesz, słyszałaś/eś, być może doświadczyłeś/aś. Książka przyciąga
tytułem, po którym ja oczekiwałam rzetelnej rozprawy na temat podejścia do
pracy, etosu pracy, postrzegania pracy przez pracowników – po prostu ujęcia
tematu z innego, nieoczywistego punktu widzenia. Tymczasem autorka przedstawia
– zdaje się – swój punkt jednostronnego widzenia, kwieciście wyśmiewając tych,
którzy twierdzą, że swoją pracę lubią, że praca to ich pasja, albo krytykując
stwierdzenia typu ‘jeśli kochasz to co robisz, to nigdy nie pracujesz’. Ale
przecież są osoby, które tak w życiu mają, które szczerze tak czują. Dlaczego
Zofia nie opisała takich przypadków? Ile jest takich osób w Polsce? Czy
zadowolenie jest skorelowane z jakimiś branżami, albo zawodami? A może
zadowolenie z pracy jest pochodną cech osobowościowych jednostki? No i jak
zadowolenie z pracy ma się do wysokości zarobków? – paradoksalnie odpowiedź niekoniecznie
jest oczywista. Właśnie o tym chciałabym poczytać, aby poszerzyć swoją wiedzę.
No cóż, ale rozczarowałam się, a czytanie tej książki to strata czasu.
