„Jedyna życiowa koncepcja to antykoncepcja.” – to stwierdzenie pojawia się już na początku książki. Autorka, która ma dwójkę dzieci z humorem i ciętym językiem pisze o niedogodnościach i utrapieniach posiadania dzieci. „Gdybym napisała tę książkę nie mając sama dzieci, świat nazwałby mnie zgorzkniałą i zawistną starą panną.” Humor jest, ale powaga problemu (?) też. W książce pojawia się krytyka powszechnie panujących stereotypów, zaprzeczenie świętości macierzyństwa, stanu błogosławionego i innych truizmów wszechobecnych w przestrzeni publicznej.
„Są słowa, których matce wypowiadać nie wolno, np. gdybym mogła cofnąć czas, to bym na dzieci nie zdecydowała się. Zamiast tego typowa i oczekiwana deklaracja brzmi: jestem dumna z moich dzieci i nie żałuję, że je mam.” Książka jest pisana przez Francuzkę, jednakże charakter opisywanego tematu jest właściwy nie tylko krajom kultury zachodniej.
Autorka twierdzi, że „pragnienie dziecka dodaje skrzydeł
ludziom o marnych perspektywach. Rodzicielska misja polega na poświęcaniu się
duszą i ciałem rozwojowi tych cudownych małych stworzeń. Urastające do rangi
świętości dziecko staje się dla wielu głupców lub naiwniaków brakującym ogniwem
w łańcuchu między człowieczeństwem a nieskończonością.”
„Gdyby zajmowanie się dziećmi było miłe i przyjemne,
niektórzy robiliby to za darmo. A tak nie jest. Nikt nie zajmie się waszymi
dziećmi, jeśli mu za to nie zapłacicie. (…) Dziecko to smutna konieczność. (…)
Wszyscy się nim zachwycają, ale nikt nie chce się nim zajmować. Siedzenie przez
wiele lat w domu i opiekowanie się dziećmi – powiedzmy sobie szczerze –
śmiertelna nuda. Bardzo szybko opieka nad dzieckiem okazuje się bardziej
męcząca niż praca zawodowa.”
„Dziecko kosztuje fortunę – drożej niż najnowszy model
luksusowego samochodu, rejs dookoła świata i dwupokojowe mieszkanie w Paryżu.
Państwo trochę pomaga rozdając różne subsydia, wypłacane pod hasłem wspierania
rodzin z małymi dziećmi, jak również zasiłki szkolne i stypendia. To jednak
niewiele w porównaniu z tym, co i tak musicie wydać na swoje dziecko.” Autorka napisała
tę pozycję w 2007 roku, jednakże powyższe jest jakże aktualne w polskiej
przestrzeni publicznej. „Mała rada: jeśli macie ochotę utrzymywać pasożyta,
lepiej zafundujcie sobie żigolaka. To o wiele przyjemniejsze i przynajmniej
wiadomo za co się płaci.”
„Kult dzieci to wielkie brzemię dla kobiet. (…) Do XX wieku
niewiele kobiet wyróżniało się jako pisarki, malarki, kompozytorki, badaczki.
Stwarzanie istoty ludzkiej zastępowało tworzenie dzieła. Substytut czy
ostateczność? Tworzenie poprzez macierzyństwo jest w zasięgu wszystkich.
Niektóre jednak wolałyby wypowiadać się w inny sposób. (...) Czy można być
kreatywnym podcierając tyłki? Takie prozaiczne i ogłupiające zajęcia, będące
częścią macierzyństwa, wpływają hamująco na gigantów myśli. Czy kobiety są ofiarami
niesprawiedliwego porządku ustanowionego przez mężczyzn, czy ofiarami własnych
dzieci? (…) Chcecie równości między kobietami a mężczyznami? Na początek
zrezygnujcie z dzieci.”
