wstep

Od 13. roku życia codziennie ćwiczę. Zaczynałam od prostych ćwiczeń w pokoju na dywanie i chodzenia po schodach z i na 9 piętro. Następnie biegałam, pływałam, jeździłam na rowerze, na nartach, na snowboardzie, pływałam na windsurfingu, grałam w tenisa. Po czterdziestce zaczęłam regularnie ćwiczyć w klubie fitness. Przetestowałam na sobie wszystkie diety, posty też. Doświadczając na sobie zrozumiałam, że każdy z nas jest inny – to co dla mnie jest skuteczne i dobre w danym momencie życia, innym może nie służyć. Fitness nadaje sens mojemu życiu i generuje poczucie szczęścia bez zewnętrznych powodów. Chcę dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem po to, aby zainspirować innych do bycia fit.

poniedziałek, 13 lipca 2026

Moja recenzja książki pt. „Flow. Stan przepływu” Mihaly Csikszentmihalti

Tego autora wymieniają inni w swoich książkach oraz w niejednym podkaście powołano się na niego. Podtytuł książki brzmi „Zanurzyć się w doświadczeniu, płynąć z jego nurtem, smakować życie” i rzeczywiście pozycja gwarantuje zanurzenie się w czytaniu blisko 400 stron tekstu szczegółowych opisów odczuć, spostrzeżeń, przypadków z życia wziętych.

W połowie książki uznałam, że już wiem o co autorowi chodzi. Zdaje się, że głównym źródłem odczuwania stanu przepływu, czyli błogości, ukojenia, szczęścia, radości jest satysfakcja. Satysfakcję można czerpać w pracy, poza pracą, z wykonywanych zadań, z kontaktów z ludźmi, z nauki, z ruchu, z rozmowy, z czytania, ze słuchania muzyki, z patrzenia na sztukę itd.

Czytelnik odnajdzie w książce szereg prawd życiowych i mądrości, ale wydaje mi się, że niekoniecznie w tych samych fragmentach. Wynika to z naszej różnorodności i zwracania uwagi na inne aspekty życia, bycia doświadczonym w innym zakresie z różną intensywnością, z odmiennej wrażliwości.

Zgadzam się z przesłaniem autora wyrażonym w tej pozycji, ale nie jestem w stanie przebrnąć do końca książki, gdyż mam wrażenie, że w koło na około autor pisze o tym samym podając różne przykłady. Dlatego też po przeczytaniu połowy książki przeskoczyłam do ostatniego rozdziału i uznałam, że to była dobra decyzja.

Sztuką jest napisać kilkaset stron o tym samym, ale w sposób ujmujący temat z różnych punktów widzenia. Męczy mnie wielokrotne parafrazowanie, które rozwiewa złudną nadzieją, że jednak na kolejnej stronie dowiem się czegoś nowego. Dlatego też moja nadzieja umarła po 250 stronach i z ochotą zabrałam się do lektury kolejnej pozycji.